Ten post jest częścią drugą, mojej historii o chęci posiadania PONa. Początek możecie przeczytać tutaj.W celu przypomnienia: ostatni wpis skończyliśmy w momencie wykonania telefonu.

Co było dalej?

Oczywiście… nikt nie odebrał! Z racji, że nie chciałam być zbyt nachalna, to nie próbowałam więcej i wyszłam z założenia, że rozmówca nie może rozmawiać. Jak będzie mógł to oddzwoni w wolnej chwili. To była dobra decyzja. Na marginesie. Pamiętajcie, że jeżeli będziecie kiedyś dzwonić do fundacji, schroniska, domu tymczasowego, to nie należy maltretować ich telefonami. Osoby tam pracujące, często to robią w ramach wolontariatu i nie zawsze mogą rozmawiać. W większości przypadków, dostaniecie telefon zwrotny.

Doskonale pamiętam jak zadzwonił telefon, a tam nieznany numer. Jechałam wtedy windą do hali garażowej zawieźć rower. Szybko odebrałam. W słuchawce usłyszałam bardzo miły głos (Pozdrawiamy, wiem że nasz czytasz:)). Bardzo szybko uzyskałam informacje na którą czekałam. Tak, piesek jest nadal do adopcji. Niestety, musiałam w błyskawiczny sposób powiedzieć, że oddzwonię za 5 minut, bo winda zjeżdżała do hali garażowej i lada moment miałam stracić zasięg.

W tamten dzień pokonałam swój osobisty rekord w szybkości chowania roweru i biegu 5 poziomów do góry po schodach. Przecież winda jeździ za wolno! Oddzwoniłam najszybciej jak się dało, na szczęście do 3 razy sztuka i tym razem udało mi się uzyskać wszelkie informacje.

Czego się dowiedziałam?

Miałam bardzo dużo pytań. Począwszy od tego gdzie przebywa pies? Jaki jest? Po rzeczy związane z procedurą adopcyjną.

Mentos przebywał w Łodzi z innymi psami w domu tymczasowym. Jak się okazało był już tam około 8 miesięcy. Dość długo, ale to mnie zapewniło, że opiekunowie znają go bardzo dobrze. Był młody, ale przeszedł dość długą drogę. W momencie znalezienia jego wiek został oceniony na około 6 miesięcy. Tymczasowi opiekunowie włożyli bardzo dużo pracy w jego wychowanie. Był psem, który uwielbiał jeździć samochodem, nie bał się ulicy, hałasu i nowych rzeczy. Chodził na smyczy, zostawał w domu, jeździł komunikacją miejską. Miał jednak dość sporą wadę, nie przepadał za obcymi. Tak naprawdę trzymał się tylko „swoich”. Jednak wiedziałam wtedy, że pies potrzebuje czasu i nie miałam wielkich oczekiwań w tym względzie. Dom musiał się znaleźć, więc tak czy inaczej musiał się przełamać.

Pamiętam, że rzeczą której najbardziej się bałam u psa była agresja. Czułam, że nie będę w stanie żyć z psem, który miał by wysoki poziom agresywności. Pamiętam jak zadałam pytanie czy można psu włożyć rękę do miski, albo dotknąć go przy jedzeniu. O dziwo dostałam odpowiedź twierdzącą, co wzbudziło tylko moje zaufanie.

Jeśli chodzi o procedury adopcyjne, to mieliśmy wypełnić ankietę i pojechać poznać Mentosa. Jeżeli byśmy się zdecydowali to został by on już przywieziony do nas do domu w ramach wizyty przedadopcyjnej.

Bardzo wiele szczegółów już mi na pewno umknęło. W końcu to wszystko działo się w 2015 roku.

Jechać czy nie jechać? Oto jest pytanie.

Pierwszą decyzja jaka nas czekała, to była odpowiedź na pytanie czy chcemy w ogóle poznać Mentosa. Po rozmowie byłam bardzo nakręcona, bo wszystkie cechy jakie miał pasowały do psa, którego bym chciała. Zastanawialiśmy się, czy to wszystko ma w ogóle sens i czy my chcemy psa w ten sposób. Coś we mnie mówiło, że chce go chociaż poznać. Rozmowa telefoniczna rozwiała bardzo wiele wątpliwości. Jednak wtedy Łódź wydawała się bardzo daleko, a wyjazd z Poznania tylko po to, żeby zobaczyć psa wydawał się śmieszny. Przecież to tak daleko! Jednak gdybyśmy chcieli psa z hodowli, to też chcielibyśmy pojechać i go zobaczyć wcześniej, zobaczyć hodowle itd. Wiecie co przeważyło o tym, że zdecydowaliśmy się pojechać? Pamiętacie ten motyw z poprzedniego posta, że postanowiłam odkładać 50 zł miesięcznie na kupno psa? Miałam uzbierane 250 zł, a jak przeliczyliśmy koszty podróży to wyszło, że te pieniądze idealnie nam to pokryją! Kolejny zbieg okoliczności..

W końcu pojechaliśmy

Zdecydowaliśmy się poznać psa. Wysłaliśmy ankietę przedadopcyjną i umówiliśmy się na spotkanie. W korespondencji mailowej dostałam jeszcze informacje, że Mentos z pewnością nas nie polubi na pierwszym spotkaniu i nie będzie w ogóle zainteresowany kontaktem z nami. Jest to pies swojej rodziny i na uczucie trzeba sobie zasłużyć..

Jednak decyzja została podjęta, więc 19 kwietnia 2015 roku wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy poznać istotę, która poźniej wywróciła nas świat do góry nogami.

W ramach spotkania poszliśmy na spacer na łąkę. Uprzedzona wcześniej starałam się unikać wywierania presji na Mentosie i tylko go obserwowałam. Musze przyznać otwarcie, był brzydszy niż nam się wydawało. Został dość krótko podcięty z powodów praktycznych. Największy szok jednak przeżyłam, gdy opiekunowie odpięli go ze smyczy. Do dzisiaj to pamiętam. Mentos zwolniony z wielką przestrzenią przed sobą od razu rozpoczął sprint przed siebie. Po jakimś czasie został zawołany i w tym samym tempie wrócił. Bardzo szybko zostały zweryfikowane moje poglądy na temat tego, co to znaczy szybki i aktywny pies. Rozmawialiśmy o tym jak można spożytkować jego energię. Okazało się, że Mentos nie przepada za aportowaniem i zabawkami. Głównie lubi biegać z psami. Pamiętam, że rozmawialiśmy jeszcze o kosztach utrzymania psa i innych praktycznych tematach. Gdy Mentos został zapięty na smycz, to zapytałam się czy mogę go poprowadzić. Spróbowałam odejść i podreptać. Miała to być próba, czy damy radę razem biegać. Przebiegł ze mną kawałek, a na koniec powoli po smyczy od przodu dotknęłam go pod głowę. Okazał się być bardzo miękki i przyjemny w dotyku. Powoli odgarnęłam mu grzywkę, żeby zobaczyć oczy. To był moment w którym przepadłam…
Na koniec jeszcze wprowadziłam go do samochodu i odpięłam mu smycz. Poprosiliśmy o czas do namysłu i się pożegnaliśmy. Z głową pełną watpliwości wróciliśmy do Poznania, nie mając pojęcia co dalej robić.

Na tym skończymy część drugą. Koniec historii znajdziecie w kolejnym poście 🙂 Wiem, że dla niektórych podział na części może być denerwujący. Jednak tyle się mówi o świadomym wyborze czy adopcji psa. To musi być decyzja przemyślana. Trzeba dać sobie czas, żeby nie podejmować jej pochopnie. Jest to dość długi proces. Tak samo jak nasza opowieść 🙂


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *